Copyright 2017 - Custom text here

Świadectwa sióstr

Tutaj możesz zapoznać się z odkrywaniem powołania tych, które już je odkryły:


Urodziłam się jako parafianka kapucynów. Żartuję czasami, że moje powołanie zawdzięczam Ojcu, który mnie chrzcił… Nie zmieniając miejsca zamieszkania, na początku podstawówki zmieniłam parafię (powstała nowa, wydzielona  z części parafii kapucyńskiej) i już do Pierwszej Komunii Świętej przystąpiłam w tej nowej. W liceum rozpoczęłam moją franciszkańską drogę we Wspólnocie Młodzieży Franciszkańskiej przy parafii kapucyńskiej (jednak „coś” ciągnęło mnie do tej duchowości…). Pod koniec liceum, dzięki opowieściom Braci, poznałam powstającą wspólnotę Mniszek Klarysek Kapucynek w Szczytnie i po maturze myślałam już o wstąpieniu do Zakonu. Sprzeciw rodziny był tym czynnikiem, który w największym stopniu wpłynął na to, że jednak rozpoczęłam studia – filologię romańską na KUL-u. Mimo że w tym czasie spotkałam Kogoś, kto zapewne byłby dobrym mężem i ojcem moich dzieci, to jednak był już ze mną KTOŚ… kto kocha mnie bardziej. I to On, Jezus, „wygrał”. Bo ostatecznie, historia powołania zakonnego to historia miłości, nic innego nie tłumaczy faktu, że młoda, wykształcona kobieta ma siłę zrezygnować z perspektywy kariery zawodowej, niezależności finansowej i spełnienia w małżeństwie i rodzinie (bo pod koniec studiów tak mogła się moja przyszłość zarysowywać…)

 

Trwam już kilkanaście lat na tej drodze, która nieustannie odkrywa przede mną swoje piękno :)

Klaryska Kapucynka

 

 

 

 

Kiedyś zgubiłam się w lesie ponieważ chciałam z niego wyjść na skróty. Słyszałam w oddali szum samochodów i wiedziałam, że tam znajdę drogę do domu. Ale ścieżki, które wybierałam zawsze prowadziły mnie do przeszkody, której nie umiałam pokonać – głębokiego, wijącego się potoku bez brodu i mostu. Byłam zmęczona, zrozpaczona i... wściekła, że muszę wrócić do szlaku, z którego zrezygnowałam, uważając, że jest zbyt długi. Tak było również z odkrywaniem mojego powołania – albo inaczej- z godzeniem się, że szlak, który przygotował mi Bóg jest tym właściwym.
Ciekawe, że to co stanowiło trudność w zaakceptowaniu woli Pana jest teraz bazą mojego powołania - a jest nią ŚWIAT . Chyba od zawsze wiedziałam, że chcę być dla Jezusa, że chcę być Jego rękoma tutaj. Ale jednocześnie pragnęłam „dotykać” ziemi, uczestniczyć w jej świeckich sprawach, być w centrum wydarzeń. Czułam, że chcę doświadczać tego wszystkiego, z czym borykają się zwykli ludzie i z poziomu tej zwyczajności służyć Panu. Nie wiedziałam jednak, że można połączyć wyłączność dla Pana z życiem w świecie. Myśląc, że Bóg chce mieć mnie w zakonie, zaczęłam uciekać od głosu powołania. Źle oceniłam szlak, na którym się znalazłam i przez wiele lat błądziłam męcząc się i tracąc nadzieję. Aż do chwili, gdy na rekolekcjach dla nauczycieli poznałam właśnie takie kobiety- zanurzone w świecie, żyjące dla Jezusa. Od razu poczułam się na swoim szlaku. Bardzo szybko wróciłam do miejsca, na którym zawsze chciał mnie mieć Bóg.

 

 

Od 15 lat jestem na swojej drodze w instytucie świeckim życia konsekrowanego Służebnic Najświętszego Serca Jezusa-Posłanniczek Maryi. Mieszkam w szemranej dzielnicy, spłacam kredyt, jestem zwyczajną sąsiadką, koleżanką, nauczycielką. Pragnę służyć sercem i rękoma Bogu oraz światu.

 

Posłanniczka

 


Każda historia ludzkiego powołania jest inna, niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju. Powołanie zakonne pozostaje dla mnie tajemnicą, jak też pytania dlaczego jestem w  tym Zgromadzeniu a nie w innym, w tej konkretnej wspólnocie Sióstr Franciszkanek od Cierpiących. Sięgam pamięcią do tej chwili, kiedy ostatecznie podjęłam decyzję wyboru życia zakonnego, wydaje się, że to było tak niedawno... a przecież minęło  tyle lat.  Jestem Franciszkanką od Cierpiących - jak bardzo to zobowiązuje - być z tymi którzy cierpią, dla tych którzy cierpią. Wymiar ludzkiego cierpienia jest ogromny, ludzie  polecając nam swoje intencje wierzą, że wspieramy ich swoją modlitwą. Ostatnio  dotarło to do mnie mocniej kiedy znajoma powiedziała "bo wy tam  jesteście bliżej  Nieba".  Wierzę też, że w życiu nie ma przypadków i że Bóg powołując mnie do Zgromadzenia - wybrał dla mnie najlepszą drogę. Gdyby czas się cofnął  wstecz i jeszcze raz stanęłabym  przed wyborem drogi życia zakonnego... wybrałabym tę samą drogę!
siostra Franciszkanka od Cierpiących

 

Pragnę podzielić się z wami po wkrótce tym, jak zrodziło się we mnie pragnienie, które mogę, choć jeszcze nie śmiało, nazwać powołaniem. Nie mogę pominąć kilku faktów z mego życia, które kształtowały moją relację z Panem Bogiem. Przez wiele lat obarczałam Pana Boga winą za każde niepowodzenie w moim życiu.
Moje nawrócenie zaczęło się od tego, że doświadczyłam wielkiej miłości Boga do człowieka i ślady Jego obecności w każdym dniu właśnie przez Siostrę Służkę na lekcjach religii. Każdy temat, który poruszaliśmy był niejako odpowiedzią na nurtujące mnie pytania o sens życia.

 

Zaczęłam spotykać się z grupą oazową działającą przy parafii, zaczęły się wyjazdy na rekolekcje, które zaowocowały zasłuchaniem w wolę Bożą. Ten proces trwał kilka lat, a ja nadal układałam swoje życie po swojemu, pomimo tego, że słyszałam w swoim sercu słowa: "pójdź za Mną". W tym czasie spotkałam też człowieka, którego pokochałam - myślałam o małżeństwie i wyjeździe do Stanów. Poukładane życie; pieniądze to wszystko zionęło pustką i niewypowiedzianą tęsknotą.

 

Nie ukrywałam przed nim swoich rozterek, kiedy pojechałam na rekolekcje do sióstr - postanowiłam podjąć ostateczną decyzję. Te pięciodniowe rekolekcje w milczeniu, zmusiły mnie do wyjścia "na pustynię" i spotkania twarzą w twarz z decyzją mojego życia. Pamiętam jak w ostatnim dniu a była to Niedziela Miłosierdzia Bożego modliłam się przed obrazem Jezusa Miłosiernego:
Panie, Ty wszystko możesz, jeśli jest Twoją wolą, abym wstąpiła do zakonu ścigaj mnie łaskami. 
Zaufałam.
Jeszcze długo po rekolekcjach biłam się z myślami podejmując decyzję o rozstaniu z chłopakiem. Płakaliśmy oboje ale wiedziałam, że nie mogę inaczej postąpić. Cały ból oddałam Panu Bogu i trwałam przed Nim a On leczył moje rany i widzę teraz, że pukał do mojego serca tą tęsknotą i pragnieniem ale bardzo delikatnie - dając mi wolność w wyborze.
Odnalazłam pokój serca pomimo tego, że czasem jest trudno. Zaufałam największej Miłości. walczcie o swoje szczęście każdy na swojej drodze - mimo wszystko - bo warto być szczęśliwym. Odwagi!

 

Siostra Służka

 

 

 

Drugie piękniejsze życie - świadectwo powołania

 

Mając 32 lata, chodzi się na wywiadówki albo robi karierę i jeździ na zagraniczne wycieczki… bo wreszcie człowieka stać. Mnie Pan Bóg dał drugie życie. I wcale nie dlatego, że pierwsze było nieudane. Wręcz przeciwnie!

 

Urodziłam się w rodzinie niekoniecznie gorliwej religijnie. Chodziłam więc w niedzielę do kościoła, do pewnego momentu grzecznie siedząc Mamie na kolanach, a od momentu tzw. dorastania - plotkując z koleżankami, szczególnie na temat ministrantów. W siódmej klasie zakochałam się w lektorze, mieszkającym nieopodal kościoła. Aby zwiększyć częstotliwość oglądania sympatii, dwa lata później, na zaproszenie starszych koleżanek, zaczęłam chodzić na parafialną grupę apostolską. Nie wiedziałam tylko, że grupy apostolskie i wszystko, co się z tym wiąże, to precyzyjnie przygotowany dla mnie inkubator, w którym Pan Bóg przez siedemnaście lat będzie mnie przygotowywał do innego życia.

 

Po roku uczęszczania na grupę oraz pierwszych tygodniowych rekolekcjach wakacyjnych w Bukowinie Tatrzańskiej okazało się, że trzeba objąć prowadzenie naszej grupy. I tak zaczęła się wielka (choć nie największa) przygoda mojego życia. Organizowanie spotkań, czuwań, nabożeństw, ognisk, wycieczek wypełniały większość czasu wolnego, a wiele go nie było, bo kończyłam liceum i należało pomyśleć o studiach. Narastało we mnie pragnienie posiadania wiedzy religijnej i raz nawet odważyłam się powiedzieć Mamie, że chciałabym iść na teologię. Usłyszałam obiegową opinię, że po tym chleba nie ma, więc mam myśleć realnie… czyli tak jak Ona. A Mama podsunęła mi studiowanie prawa. Haczyk połknęłam.

 

W trakcie studiów grupa w parafii przestała funkcjonować, bo większość dziewczyn przeszła do harcerstwa. Pomyślałam wtedy: no to wreszcie mam „czas”. Ale po roku Ks. Proboszcz przysłał do mnie dziewczynki pokomunijne, żeby je włączyć do scholi… nota bene od kilku lat prowadziłam też scholę. Myśląc, jak zgrać głosy małych dziewczynek z młodymi kobietami na etapie szkół średnich, wpadłam na pomysł założenia drugiej scholi – dziecięcej. Tyle, że na próby przychodzili też chłopcy. Do radosnego śpiewania dołączyłam więc formację i tak powstało drugie pokolenie grupy apostolskiej. Jeździliśmy na rekolekcje w góry i nad morze, chodziliśmy po Beskidzie i Tatrach, a w parafii animowaliśmy przez śpiew, modlitwę, spektakle, taniec i w każdy sposób, jaki nam Duch Św. podpowiedział. Jako moderatorka prowadziłam też rekolekcje Grup Apostolskich, na które stopniowo zaczęli jeździć także członkowie naszej grupy parafialnej.

 

Wakacyjny czas rekolekcji apostolskich, organizowanych przez Duszpasterstwo Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej, był dla mnie rocznym ładowaniem akumulatorów. Treści, atmosfera, no i ludzie – wszyscy wartościowali podobnie jak ja! Ile razy ja się tam zakochałam… ile przyjaźni się zawiązało… ile było przygód… a między wierszami myśl: gdzie jest moje miejsce? Na co dzień uczyłam przedmiotów prawniczych w szkołach policealnych, pracowałam w kancelarii radcy prawnego… Ale pojawiało się wiele pomysłów na życie. Wpierw widziałam siebie jako wziętego radcę prawnego… był czas, gdy prawie na siłę chciałam wychodzić za mąż… później wymyśliłam, że będę pracować jako klasyczny urzędnik… ale między wierszami było też pragnienie czegoś więcej. Czasem w trakcie najweselszych imprez pytałam siebie: co ja tu robię? Czy wtedy myślałam o życiu zakonnym? Tak, ale odpychałam te myśli w najgłębsze przepaści serca.

 

Właściwie pierwszy raz taka myśl pojawiła się już w I klasie liceum. Moja Siostra była bardzo chora i wtedy obiecałam Panu Bogu, że jeśli wyzdrowieje, ofiaruję Mu swoje życie. Siostra wróciła do zdrowia, a ja starałam się o obietnicy zapomnieć. W IV klasie liceum dotknęły mnie słowa Wychowawczyni, która rzuciła kiedyś pytanie – czy ktoś z Jej klasy pójdzie do zakonu, bo z wcześniejszych klas zawsze ktoś się decydował… Myśl powracał też wiele razy na rekolekcjach, kiedy Pan Bóg był na wyciągnięcie ręki. Ale jakby na przekór meblowałam życie po swojemu, dosłownie i w przenośni.

 

Momentem zwrotnym była śmierć Mamy. Wzięłam wtedy domowe stery w swoje ręce, wymyślałam wciąż nowe zajęcia, tak naprawdę po to, by złagodzić ból. Dwa lata później pojechaliśmy z Duszpasterstwa na pielgrzymkę do Italii. Celem było Europejskie spotkanie młodych w Loreto, ale po drodze nawiedziliśmy Manopello, w którym po raz pierwszy zobaczyłam Volto Santo – Święte Oblicze. W czasie sprawowanej tam Eucharystii ks. Paweł, Moderator Grup Apostolskich, modlił się także na Mamę. Wyszłam z kościoła z poczuciem, że skończyła się żałoba oraz że przede mną rozpościera się nowa przestrzeń, wypełniona nadzieją. Na co, nie wiedziałam. Jak się później okazało, Volto Santo mówiło do wielu uczestników pielgrzymki. A mnie zaczęło do siebie coraz bardziej przyciągać.

 

W następnym roku podczas ferii zimowych pojechałyśmy z Siostrą na narty… a trafiłyśmy w Bukowinie Tatrzańskiej na rekolekcje dla maturzystów. Ks. Paweł, który je prowadził, zapowiedział wieczorem spotkanie z osobami konsekrowanymi. Zanim się zaczęło, siedzieliśmy przy herbacie – On, s. Renata ze Zgromadzenia Sług Jezusa, moja Siostra i ja. I wtedy, sama się sobie dziwiąc, poprosiłam Księdza, by zwrócił uwagę maturzystom, że wybierając studia nie powinni kierować się wolą rodziców. Ksiądz zapytał, dlaczego… i nagle usłyszałam siebie, jak odpowiadam: bo ja posłuchałam Mamy, a przecież chciałam iść do zakonu… Do tej pory pamiętam ich zaskoczenie! Swoje też! Po raz pierwszy wypowiedziałam najskrytsze pragnienie serca.

 

Zapewne świadkowie mojego wyznania otoczyli mnie modlitwą, a Ks. Paweł i s. Renata także wsparciem i radą. Z moją Siostrą rodzoną bałam się na ten temat rozmawiać. Paradoksalnie wiedząc, że moje miejsce jest w zakonie… byłam też pewne, że habitu nie założę.

 

Mniej więcej pół roku później pojechaliśmy z młodzieżą z Duszpasterstwa na pielgrzymkę do czeskiej Pragi. Poprosiłam tam s. Renatę o rozmowę, na której zadeklarowałam mój zamiar, ale pytanie brzmiało: gdzie mam iść? Na co s. Renata spokojnie zapytała: a my?... No faktycznie! Zgromadzenie Sług Jezusa! Bezhabitowe! Znałam wiele sióstr z rekolekcji i z Duszpasterstwa, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę być jedną z nich. Zapytałam więc: a czym wy się właściwie zajmujecie? I usłyszałam: naszym charyzmatem jest służba w ukryciu… Strzał w dziesiątkę! Otóż od długiego już czasu męczyłam się tym, że ciągle stoję przed szeregiem, czyli na czele grupy apostolskiej, Amicusa-Listu do Przyjaciół (którego byłam naczelną), różnych akcji parafialnych i nie tylko. Najbardziej odpowiadało mi miejsce „za kulisami”. Ostatni puzzel idealnie wpasował się w moją układankę życia. Ale dalej było tylko pod górkę…

 

Był listopad, kiedy s. Renata zabrała mnie do nowicjatu Sług Jezusa. Otwock wcale mi się nie podobał – ciemny o tej porze las, mokro, zimno… Życie we wspólnocie też jawiło mi się dziwnie… ale wyjeżdżając stamtąd wiedziałam, że wrócę. Rok trwało moje zmaganie. Cały czas wydawało mi się, że przekraczając próg zakonu, strącę wszystko, co kocham. A jednocześnie jakiś głos mnie przynaglał. Kiedyś podczas kazania w parafii usłyszałam, jak Ks. Proboszcz mówi, że Pan Bóg daje łaskę tylko raz. Zadrżałam. Ale uporczywie podejmowałam ciągle nowe wyzwania, by jak najwięcej zobaczyć, doświadczyć, przeżyć. W parafii założyłyśmy z Kuzynką zespół charytatywny. Z Koleżanką inicjowałyśmy różne „nowości” – dekoracje, konkursy etc. W Duszpasterstwie przygotowywałam „historyczne” wydanie Amicusa-Listu do przyjaciół. I cały czas szukałam potwierdzenia decyzji. A wreszcie poszliśmy z częścią naszej grupy apostolskiej na Gerlach. Powiedziałam Panu Bogu: jeśli wszyscy zejdą szczęśliwie, rozumiem, że faktycznie tego chcesz. No i zeszli. Pozostało decyzję wykonać.

 

Z ogromnym bólem rozwiązywałam umowy o pracę w szkołach i kancelarii. Porządkowałam sprawy domowe, nawet kupiłam samochód, by Tata z Siostrą mieli czym jeździć. W ostatniej chwili przekazałam innym sprawy grupy apostolskiej i zespołu charytatywnego… oczywiście w tajemnicy. Nie byłam w stanie z nikim rozmawiać o moim wyjeździe. Tydzień przed wyjazdem powiedziałam Siostrze, a cztery dni przed wyjazdem – Tacie. Pakując się, płakałam, sama nie wiedząc, dlaczego. A Tata siedział przy mnie i patrzył, jak bezładnie wrzucam rzeczy do walizki. Wreszcie zdecydował, że ze mną pojedzie.

 

I znowu był listopad, najgorszy – jak mi się wtedy wydawało – dzień w moim życiu. Sama zawiozłam się do Otwocka, zabierając Kuzyna, by odwiózł z powrotem Tatę i samochód. Bo Tata rzeczywiście mi towarzyszył i po raz pierwszy widziałam, jak płacze. Miałam wrażenie, jakbym zrobiła coś strasznego…

 

Następnego dnia obudziłam się i stwierdziłam, że nie ma śladu po negatywnych uczuciach. We mnie była tylko ogromna radość i spokój. Dostałam nowe życie! I zaraz też Pan Bóg zaczął mi wszystko oddawać w zwielokrotniony sposób – zyskałam 300 nowych sióstr, zostałam „wciągnięta” w pracę z dziewczętami. Okazało się też, że wiedza i doświadczenie nabyte „w świecie” bardzo się w zakonie przydają. Ot, Pan Bóg wiedział, czego mnie nauczyć.

 

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć – że w Zgromadzeniu Sług Jezusa zaczęłam najpiękniejszą przygodę mojego życia, która trwa.

 

Jeśli czujesz, że Pan Bóg i Ciebie zaprasza na drogę życia konsekrowanego, nie bój się! On chce, byś był/a szczęśliwy/a!

 

siostra Patrycja - sługa Jezusa

 

 

 

 

Czy zastanawiałaś się kiedyś co znaczy „cud”?  Można „być przy Kościele” uczestniczyć w Jego życiu i rozmijać się z Bogiem i Jego drogą. Tak było w moim życiu. Można powiedzieć,  że byłam  bardzo blisko Kościoła angażując się w życie parafii, uczestnicząc w spotkaniach grupy młodzieży. Jednak miałam swoją wizję życia, swoje plany. Będąc w 1- szej klasie szkoły średniej pojechałam na rekolekcje i tak to się zaczęło. W tym czasie Jezus powoli dawał mi się poznawać i uczył  kontaktu z Nim. Podobało mi się to i chętnie tam jeździłam. Do czasu, gdy zorientowałam  się, że Jezus coś chce. Ma wobec mnie swój plan. Wtedy zaczął się w sercu wielki krzyk „NIE”. Ja nie chcę tak żyć, chcę mieć rodzinę, chcę skończyć  studia, pracować. Upierałam się przy swoim. Na różne sposoby próbowałam zagłuszyć w sercu ten głos, który nie ustawał. Oszukiwałam siebie, że to nie do mnie. Ta walka trwała we mnie kilka lat. Po szkole średniej poszłam na studia. Po krótkim czasie doszłam do wniosku, że pójdę jeszcze na teologię to oszukam Pana Boga i w końcu On  da mi spokój. Nic z tego! Przez cały rok studiów czułam, że nie jestem na swoim miejscu, chociaż wszystko było dobrze. Czułam się jak „ptak w złotej klatce, który nie jest szczęśliwy, bo nie ma wolności” Uświadomiłam sobie, że kroczenie swoją drogą nie daje szczęścia. Nie chciałam zapytać Boga  o Jego drogę dla mnie, bo wiedziałam co usłyszę i dlatego lepiej było udawać, że nie wiem.  Dłużej tak nie mogłam. Pojechałam na rekolekcje i pierwszy raz zapytałam Boga co mam robić, prosiłam aby zrobił coś ze mną, bo ja już dłużej tak nie wytrzymam. Dopiero wtedy dałam Jezusowi możliwość aby On zajął się moim życiem. Pozwoliłam Mu działać we mnie. Podczas Mszy usłyszałam „Żniwo wprawdzie wielkie ale robotników mało” To była odpowiedz dla mnie. Ja mam być tym robotnikiem. Na Mszy Św. wybrzmiało moje „tak”, sztorm ucichł, w sercu zapanowała cisza i pokój. Jezus zwyciężył we mnie mój upór! W jednej chwili przemienił moje myślenie i plany. Studia przestały być ważne.

 

Dlaczego znalazłam się u Sercanek? On wybrał mi miejsce.

 

 Gdy modliłam się o to, gdzie mam być wskazał mi drogę przez cztery sytuacje:

 

-słowa z książki, które poruszyły moje serce i wskazały na życie ukryte:

 

”Jezus jest skarbem ukrytym, kto chce Go znaleźć musi także się ukryć”

 

-słowa Kapłana na kazaniu, który przedstawił Maryję jako osobę zwyczajną i jednocześnie nadzwyczajną, bo była pierwszą konsekrowaną

 

- słowa św. Franciszka z Asyżu, który wołał: „Miłość nie jest Kochana- kochajcie zatem Boga”

 

- oraz przez koleżankę, która konkretnie zapytała mnie dlaczego nie idę do Sercanek.

 

 W tym odkryłam Wolę Boga. I wiem, że to jest moje miejsce.
Siostra  Sercanka

 

 

 

Czy Pani jest Siostrą? Znam dobrze ten przenikliwy wzrok, ciekawy, ale uprzejmy, próbujący trochę zajrzeć mi w duszę. Po chwili pada pytanie, które najwyraźniej męczyło mojego rozmówcę: "Czy pani jest siostrą?". "Tak, jestem siostrą." - zawsze odpowiadam z radością, wręcz z uśmiechem. Jestem siostrą. Dlaczego to wydaje się takie niesamowite i dziwne, że aż trzeba o to pytać? Być może dlatego, że nie wyglądam na siostrę: nie noszę habitu, nie zakrywam włosów, nie wyróżniam się na przystanku, w sklepie, w pracy. Ubieram się zwyczajnie.

 

Pamiętam jak dzieci z piątej i z szóstej klasy, które uczyłam, pod koniec roku szkolnego dopytywały się z niedowierzaniem: "Czy siostra jest taką prawdziwą siostrą?" Odpowiadałam: "Tak, dotknij, jestem prawdziwa." "Ale taką zakonną?!" "Tak, jestem najprawdziwszą siostrą zakonną, tylko ukrytą, nie noszę specjalnego stroju, nie troszczę się o to by być rozpoznaną jako siostra." Osobom zakłopotanym mówiłam: "Jeśli chcesz, możesz mówić mi proszę pani". Niektórzy zostawali przy tej formie, inni znowu woleli zwracać się - "Siostro". Byli i tacy, którzy pytali: "No i po co się ukrywać, czy siostra się wstydzi powołania?" Żartobliwie nazwano mnie nawet "tajniakiem".

 

Dobrze, ale, o co tak naprawdę chodzi w tym ukryciu? I co to znaczy, że jestem najprawdziwszą siostrą zakonną. Jestem siostrą, ponieważ wybrał mnie Pan, przeznaczył tylko dla siebie, na swoją służbę, na życie z Nim w doli i niedoli. Odpowiedziałam na wezwanie mojego Pana ślubując publicznie w Kościele życie w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie. Opuściłam dom rodzinny, mieszkając we wspólnocie sióstr - rodzinie zakonnej. Moje życie zawodowe i prywatne jest podporządkowane służbie innym ludziom, zwyczajnie spotkanym, a którzy zostawiają w moim sercu kawałek siebie, który natychmiast w modlitwie zanoszę na Jezusowy ołtarz.

 

Dlaczego ukrycie, czyli życie zakonne bez habitu? Ponieważ żyjąc w ten sposób chcę być podobna do mojego Oblubieńca. Pan Jezus, chociaż był Bogiem, żył zwyczajnie jak każdy człowiek. Ubrany tak jak inni ludzie tamtego okresu, żył blisko ludzi, tak blisko, że nawet nie wszyscy Go rozpoznali, "bo gdyby poznali nie ukrzyżowaliby Pana chwały". Jezus i Jego Matka - Maryja zgodzili się i zaplanowali to ukrycie. Gdyby Syn Boży nie ukrył swojej Boskiej chwały, nikt by nie podszedł do Niego, nie poprosił o pomoc i o przebaczenie, nikt by nie dotknął Jego szaty, nikt nie popatrzyłby w Jego oczy, nie poszedłby na spacer w zbożu, nie usiadł u Jego stóp, nie zobaczyłby łez Boga - ile byśmy stracili? Bóg powiedział nam o sobie wszystko, mieszkając z nami na ziemi, żyjąc tak jak my, cierpiąc i umierając. Tylko tak mógł zdobyć ludzkie serce.

 

Właśnie dlatego nie odróżniam się od innych na zewnątrz, żyję zwyczajnie, żyję blisko ludzi, aby opowiedzieć Bogu nie słowem, ale życiem napełnionym po brzegi szczególną obecnością Tego, który mnie umiłował i posłał na świat. Niosę Boga uśmiechem, prostym życzliwym słowem, żarliwym sercem - trochę za nerwowym, swoją słabością, łzą cichą i także, jak wszystko, ukrytą, zmęczoną modlitwą, obecnością, sobą.

 

Kiedyś usłyszałam zdanie, że aby iść do zakonu trzeba mieć 100% powołania, ale żeby zostać siostrą bezhabitową trzeba mieć 150% powołania! Tak, rzeczywiście, nigdy nie mogę zapomnieć kim jestem, do kogo należy moje serce. Nie jest to takie łatwe. Przecież nikt nie widzi, że jestem siostrą, nie jestem "inna", jestem traktowana jak kobieta, co dla siostry stwarza różnorodne zagrożenia jej powołania. Pytania typu: "Dlaczego nie robię makijażu, dlaczego nie noszę krótkich spódnic, przecież to modne!?" świetnie obrazują tę rzeczywistość. Chcąc wytrwać w wierności muszę mieć serce prawdziwie zakonne. Moje serce musi być obleczone w habit. Tak rozumując dotarłam do paradoksu, który tylko w wizji Bożej jest zupełnie zrozumiały - siostra bezhabitowa w habicie!

 

Nieustannie dziękuję Bogu za powołanie, bo to wielki zaszczyt. Za to, że złożył w moich dłoniach ten niepowtarzalny skarb życia ukrytego. Jego wartość będę jeszcze odkrywać przez całe życie.

 

s. Patrycja - siostra Imienia Jezus

 

 

 

„Dziękujemy Bogu Ojcu za łaski otrzymane w kończącym się dzisiaj roku jubileuszowym” – komunikat, który usłyszałam w radio 6 stycznia 2001 roku sprawił, że się oburzyłam , a wręcz wkurzyłam. Pewnie, pomyślałam sobie, wszyscy otrzymują łaski, tylko nie ja! Jak zwykle!

 

To było przedpołudniem. Wieczorem oglądałam film z moją przyjaciółką Anią. Był o córce, która miała mnóstwo pretensji do swojej mamy o jej przeszłość. Po filmie zaczęłyśmy obie płakać. Mocno nas obydwie dotknął ten film, bo ryczałyśmy jakby to o nas chodziło. Po chwili Anka podniosła głowę, spojrzała mi w oczy i powiedziała bardzo, bardzo dziwną rzecz: „Wiesz co? Ja chyba mam powołanie do zakonu”. To było dziwne, ale jeszcze bardziej zaskoczyłam samą siebie, kiedy na to odpowiedziałam: „Wiesz… ja chyba też!” Tego nikt się nie spodziewał. To był ten moment, w którym zrozumiałam ostatnie kilka lat mojego życia.

 

Dorastałam jak wszyscy inni rówieśnicy. Lubiłam imprezować długo i ekstremalnie. Chodziłam do szkoły, miałam chłopaka. Nic nadzwyczajnego. Na drugim roku studiów mój chłopak ze mną zerwał. To był cios niesamowity. Pamiętam, że świat mi się zawalił, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przestałam istnieć, tzn. żyła jakaś zewnętrzna powłoka, ale w środku umarłam. Czułam się oszukana, zostawiona, niezrozumiana. To było 26 sierpnia. Rok później tego samego dnia byłam w Bydgoszczy u dziadków w odwiedziny. Popołudniu podczas spaceru weszliśmy do Klarysek i zostaliśmy na Mszy św. Po Komunii wracam do ławki i próbuję odprawić jakieś dziękczynienie. Nagle słyszę jakiś głos: Przyjdź do mnie! Dziwnie się poczułam, bo przecież żaden człowiek do mnie nie mówił. Pomyślałam, że może mam iść do spowiedzi albo coś w tym stylu. I tak minął czas do 6 stycznia 2001, kiedy to kończył się Rok Jubileuszowy.

 

Zrozumiałam, że to Jezus zapraszał mnie do pójścia za Nim, do oddania się Jemu. Właśnie nie kto inny, tylko Ania zapoznała mnie z Siostrami Wynagrodzicielkami.

 

Czemu to Zgromadzenie? Długie lata zadawałam sobie to pytanie. Od samego początku, jak tylko wreszcie pojęłam, że Jezus zaprasza mnie do jak najbliższej relacji z NIM, pociągnęło mnie wynagradzanie. Chciałam i chcę nadal wynagradzać Bogu za grzechy moje i innych. Tylko, żeby nikt sobie nie pomyślał, że taka wynagrodzicielka to ktoś lepszy niż zwykły przeciętny człowiek. Nie! Wcale nie jestem lepsza! Natomiast oddając się Jezusowi na własność czuję się bezpiecznie, bo wiem, że ON zawsze wszystko moje przemieni na dobro. Nawet, jeżeli mi coś nie wyjdzie, to ON może coś z tego zrobić.

 

15 lat temu zostałam przyjęta do kandydatury, czyli na czas przyjrzenia się z bliska, bez zobowiązań, wspólnocie. Były momenty wielkiej radości jak i wielkiego smutku. Rozczarowań sobą, zgromadzeniem, ludźmi, Bogiem. Był czas w zdrowiu i w chorobie. Z perspektywy czasu tych 15 lat odkrywam, że nawet, jeśli nie czułam JEGO bliskości, miłości, pomocy, a nawet obecności, to i tak ON był.

 

Czy żałuję mojej decyzji? Czy żałuję odrzucenia fenomenalnej oferty współpracy ze świetną logopedą (skończyłam studia logopedyczne), pójścia na studia doktoranckie, świetnej pensji i kariery? Nie żałuję, choć czasem się zastanawiam, co by było, gdyby... Ale na końcu dnia, kiedy jestem przed Jezusem, tylko ja i ON, wtedy się nie zastanawiam. Jest ON i jestem ja. Czy uważam, że wszystko na nic, czy dziękuję? Mogę przytulić się do NIEGO i powiedzieć JEMU wszystko, albo tylko milcząc - być. Wystarczy tyle. Nie potrafię tego wytłumaczyć jakoś racjonalnie. W relacji z Jezusem wszystko, w dosłownym tego słowa znaczeniu, się mieści. Cała ja i mój świat, moja przeszłość, teraźniejszość i nadzieja na przyszłość; moje rany, bóle, talenty, możliwości, upodobania, niemoce, słabości i grzech. Mieści się cały mój świat i cały świat, który Bóg stworzył. Codziennie na nowo uczę się JEMU ufać bardziej niż sobie, patrzeć JEGO oczami i być, po prostu być. Bo to ON powiedział: Przyjdź do mnie!

siostra obliczanka

 

 

 

 

Był taki etap w moim życiu, że wystarczało mi grono przyjaciół, a zadowolenie dawał czas z nimi spędzany. Pan Bóg nie był mi szczególnie bliski – powierzałam Mu swoje szkolne sprawy przed udaniem się na lekcje, w niedzielę uczestniczyłam we Mszy św. i… właściwie niewiele więcej. Może i chciał mi coś powiedzieć, ale nie bardzo słuchałam. Do czasu, gdy wobec nagłej śmierci kuzyna, zostałam z najważniejszymi życiowymi pytaniami, bez odpowiedzi. Pytań było coraz więcej, a ja nie miałam odwagi ich zadać. Czułam się inna, dziwna, nagle obca wobec ludzi, którzy mnie otaczali.

 

Nie bardzo mając pomysł na siebie, pewnej nocy włączyłam radio i usłyszałam telefony do studia, w których młodzi ludzie poruszali bliskie mi kwestie – pomyślałam, że może jednak nie jestem taka nienormalna. W tym czasie katechetka poprosiła mnie o włączenie się w niedzielną liturgię – kosztowało mnie to sporo strachu i nerwów, ale przynajmniej coś w tym kościele robiłam, więc poczułam się potrzebna – przychodziłam. Z grupą młodzieży wyjechałam na jakąś wycieczkę, przy okazji zaliczyliśmy jakieś kościoły i zobaczyłam, że są miejsca gdzie ludzie naprawdę przychodzą po coś więcej niż pokazanie się sąsiadom. Chyba wtedy zaczęło też do mnie docierać Boże słowo – zaciekawiły mnie fragmenty biblijnych historii słyszane przy różnych okazjach. Chciałam mieć swoje Pismo św., żeby móc sama wybierać co będę czytać. Pamiętam, że w którymś momencie uczepiły się mnie słowa o byciu solą ziemi i światłem świata, i autentycznie szukałam, jak można je rozumieć (chyba moje pierwsze w życiu lectio divinaJ)

 

Dziś, z perspektywy widzę, że przez te wszystkie wydarzenia, mówił do mnie Bóg. Wtedy – po prostu wykorzystywałam okazje, wchodziłam w pojawiające się propozycje, szukając siebie. Dostałam też zaproszenie na rekolekcje u sióstr – czysta abstrakcjaJ ale ponieważ nie miałam pojęcia co to takiego, to pojechałam. Było ok. Poznawałam nowych ludzi, sporo się uczyłam i dało się wyrwać z domu. Tymczasem zbliżała się matura i… uporczywe – co potem? Z Panem Bogiem byłam na etapie – „pomóż mi, załatw, weź to jakoś rozwiąż”, czyli prośba i… kropka. Na maturę mieliśmy już taką umowę – jak sprawisz, że zdam wszystko na 5, to będzie dla mnie znak, że mam iść do tego zakonu. Zrobił mi psikusa i po ogłoszeniu wyników, zakomunikowałam swoim rodzicom, że to już moje ostatnie egzaminy, nie będę zdawać na studia – idę do zakonu.

 

Zaskoczenie totalne, ale ok, − „pobędziesz tam dwa tygodnie i będę musiał po ciebie przyjechać” – powiedział tata. Zostałam dłużej. Poznawałam siostry, uczyłam się codziennych zajęć, funkcjonowania w zupełnie nowej rzeczywistości, uczestniczyłam w pracy i modlitwie wspólnoty. Odkrywałam Boga i siebie wobec tego wszystkiego, z czym przyszło mi się mierzyć. Musiałam jakoś dogadać się z Maryją – w końcu miałam być Jej córką. Chyba najbardziej odpowiadało mi środowisko, w którym siostry mieszkały – miasto. Długa i trudna była ta droga, na którą weszłam. Przez kilkanaście lat wiele się zmieniło, ja się zmieniłam, ale ciągle idę „przez Maryję do Jezusa” – grunt to się z Nimi naprawdę spotykać.

 

siostra niepokalanka

 



„Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię”.  /Mk 10, 49/

 

     Przed wstąpieniem do Zgromadzenia wydawało mi się, że powołani są jacyś „inni” jakby bardziej święci, wyjątkowi, inaczej czują, patrzą, myślą… prawie jak Aniołowie na ziemi, ale teraz widzę, że Pan wybiera naprawdę to co małe, słabe i do tego grzeszne, a nie święte. Wybiera mnie „mały pyłek” i chce się mną posłużyć, bym mówiła o Nim przez swoje życie – to codzienne, zwyczajne, proste ale i jakże niezwykłe i wyjątkowe, bo przeżywane  razem z Nim, pod jednym dachem. Widzę, że powołanie to jest to zaproszenie Jezusa, (czasem może do wielkich dzieł, bo i tych potrzeba) do podejmowania małych spraw z coraz większą miłością i ze względu na Niego.

 

    Powołanie jest wielkim darem dla człowieka, dla Kościoła, dla świata, darem którego po ludzku nie jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć, wytłumaczyć i przyjąć. Darem, bo mimo mojej grzeszności sam Bóg zaprasza mnie do życia z Sobą. Jest darem, bo „maleńko” dając – najczęściej jakieś resztki otrzymuję nieskończenie wiele… Widzę, także, że powołanie jest wielką łaską, bo gdy tylko w sercu  człowiek zrobi małą szczelinę dla Pana, to On wchodzi do serca, przedziera się przez wszystko ze Swoją miłością i pociąga coraz bardziej i bardziej.      

 

Pan Bóg pociąga ku sobie w sposób bardzo łagodny i delikatny.  Zawsze zastanawiało mnie co to znaczy, że ktoś usłyszał „GŁOS„ powołania,  jaki jest ten głos, jak go rozpoznać? I  skąd wiadomo, że to właśnie ten głos?

 

      Zobaczyłam  i faktycznie doświadczyłam, że Pan Bóg mówi do mnie, mówi przez swoje żywe Słowo, które bardzo poruszało mnie i docierało do mnie w chwili podejmowania decyzji o wstąpieniu do Zgromadzenia, w chwili dawania Bogu odpowiedz. Mówi przez wydarzenia, bardzo konkretne, czasami zaskakujące, które otwierały moje oczy coraz szerzej na Jego działanie… mówi przez ludzi, którzy,  wiem teraz, że są dani na dany czas.

 

   Wołanie Jezusa  jest delikatne, ale konkretne i przynaglające, obok którego nie przechodzi się bez odpowiedzi, bo cokolwiek człowiek zrobi, to będzie jego odpowiedzią. Wiem, także  z własnego doświadczenia, że człowiek będzie się „miotał”, będzie niespokojny do czasu, aż przyjmie Jego zaproszenie do pójścia za Nim. Gdy choć trochę się Mu zaufa, to otrzyma się łaskę, by iść za Nim z sercem pełnym pokoju  i w pewności, że teraz idziemy razem.

 

n. Monika - pasterzanka