Copyright 2017 - Custom text here

Sługi Jezusa - Świadectwa sióstr odkrycia powołania

Sługi Jezusa - Świadectwa sióstr odkrycia powołania

Drugie piękniejsze życie - świadectwo powołania

 

Mając 32 lata, chodzi się na wywiadówki albo robi karierę i jeździ na zagraniczne wycieczki… bo wreszcie człowieka stać. Mnie Pan Bóg dał drugie życie. I wcale nie dlatego, że pierwsze było nieudane. Wręcz przeciwnie!

 

Urodziłam się w rodzinie niekoniecznie gorliwej religijnie. Chodziłam więc w niedzielę do kościoła, do pewnego momentu grzecznie siedząc Mamie na kolanach, a od momentu tzw. dorastania - plotkując z koleżankami, szczególnie na temat ministrantów. W siódmej klasie zakochałam się w lektorze, mieszkającym nieopodal kościoła. Aby zwiększyć częstotliwość oglądania sympatii, dwa lata później, na zaproszenie starszych koleżanek, zaczęłam chodzić na parafialną grupę apostolską. Nie wiedziałam tylko, że grupy apostolskie i wszystko, co się z tym wiąże, to precyzyjnie przygotowany dla mnie inkubator, w którym Pan Bóg przez siedemnaście lat będzie mnie przygotowywał do innego życia.

 

Po roku uczęszczania na grupę oraz pierwszych tygodniowych rekolekcjach wakacyjnych w Bukowinie Tatrzańskiej okazało się, że trzeba objąć prowadzenie naszej grupy. I tak zaczęła się wielka (choć nie największa) przygoda mojego życia. Organizowanie spotkań, czuwań, nabożeństw, ognisk, wycieczek wypełniały większość czasu wolnego, a wiele go nie było, bo kończyłam liceum i należało pomyśleć o studiach. Narastało we mnie pragnienie posiadania wiedzy religijnej i raz nawet odważyłam się powiedzieć Mamie, że chciałabym iść na teologię. Usłyszałam obiegową opinię, że po tym chleba nie ma, więc mam myśleć realnie… czyli tak jak Ona. A Mama podsunęła mi studiowanie prawa. Haczyk połknęłam.

 

W trakcie studiów grupa w parafii przestała funkcjonować, bo większość dziewczyn przeszła do harcerstwa. Pomyślałam wtedy: no to wreszcie mam „czas”. Ale po roku Ks. Proboszcz przysłał do mnie dziewczynki pokomunijne, żeby je włączyć do scholi… nota bene od kilku lat prowadziłam też scholę. Myśląc, jak zgrać głosy małych dziewczynek z młodymi kobietami na etapie szkół średnich, wpadłam na pomysł założenia drugiej scholi – dziecięcej. Tyle, że na próby przychodzili też chłopcy. Do radosnego śpiewania dołączyłam więc formację i tak powstało drugie pokolenie grupy apostolskiej. Jeździliśmy na rekolekcje w góry i nad morze, chodziliśmy po Beskidzie i Tatrach, a w parafii animowaliśmy przez śpiew, modlitwę, spektakle, taniec i w każdy sposób, jaki nam Duch Św. podpowiedział. Jako moderatorka prowadziłam też rekolekcje Grup Apostolskich, na które stopniowo zaczęli jeździć także członkowie naszej grupy parafialnej.

 

Wakacyjny czas rekolekcji apostolskich, organizowanych przez Duszpasterstwo Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej, był dla mnie rocznym ładowaniem akumulatorów. Treści, atmosfera, no i ludzie – wszyscy wartościowali podobnie jak ja! Ile razy ja się tam zakochałam… ile przyjaźni się zawiązało… ile było przygód… a między wierszami myśl: gdzie jest moje miejsce? Na co dzień uczyłam przedmiotów prawniczych w szkołach policealnych, pracowałam w kancelarii radcy prawnego… Ale pojawiało się wiele pomysłów na życie. Wpierw widziałam siebie jako wziętego radcę prawnego… był czas, gdy prawie na siłę chciałam wychodzić za mąż… później wymyśliłam, że będę pracować jako klasyczny urzędnik… ale między wierszami było też pragnienie czegoś więcej. Czasem w trakcie najweselszych imprez pytałam siebie: co ja tu robię? Czy wtedy myślałam o życiu zakonnym? Tak, ale odpychałam te myśli w najgłębsze przepaści serca.

 

Właściwie pierwszy raz taka myśl pojawiła się już w I klasie liceum. Moja Siostra była bardzo chora i wtedy obiecałam Panu Bogu, że jeśli wyzdrowieje, ofiaruję Mu swoje życie. Siostra wróciła do zdrowia, a ja starałam się o obietnicy zapomnieć. W IV klasie liceum dotknęły mnie słowa Wychowawczyni, która rzuciła kiedyś pytanie – czy ktoś z Jej klasy pójdzie do zakonu, bo z wcześniejszych klas zawsze ktoś się decydował… Myśl powracał też wiele razy na rekolekcjach, kiedy Pan Bóg był na wyciągnięcie ręki. Ale jakby na przekór meblowałam życie po swojemu, dosłownie i w przenośni.

 

Momentem zwrotnym była śmierć Mamy. Wzięłam wtedy domowe stery w swoje ręce, wymyślałam wciąż nowe zajęcia, tak naprawdę po to, by złagodzić ból. Dwa lata później pojechaliśmy z Duszpasterstwa na pielgrzymkę do Italii. Celem było Europejskie spotkanie młodych w Loreto, ale po drodze nawiedziliśmy Manopello, w którym po raz pierwszy zobaczyłam Volto Santo – Święte Oblicze. W czasie sprawowanej tam Eucharystii ks. Paweł, Moderator Grup Apostolskich, modlił się także na Mamę. Wyszłam z kościoła z poczuciem, że skończyła się żałoba oraz że przede mną rozpościera się nowa przestrzeń, wypełniona nadzieją. Na co, nie wiedziałam. Jak się później okazało, Volto Santo mówiło do wielu uczestników pielgrzymki. A mnie zaczęło do siebie coraz bardziej przyciągać.

 

W następnym roku podczas ferii zimowych pojechałyśmy z Siostrą na narty… a trafiłyśmy w Bukowinie Tatrzańskiej na rekolekcje dla maturzystów. Ks. Paweł, który je prowadził, zapowiedział wieczorem spotkanie z osobami konsekrowanymi. Zanim się zaczęło, siedzieliśmy przy herbacie – On, s. Renata ze Zgromadzenia Sług Jezusa, moja Siostra i ja. I wtedy, sama się sobie dziwiąc, poprosiłam Księdza, by zwrócił uwagę maturzystom, że wybierając studia nie powinni kierować się wolą rodziców. Ksiądz zapytał, dlaczego… i nagle usłyszałam siebie, jak odpowiadam: bo ja posłuchałam Mamy, a przecież chciałam iść do zakonu… Do tej pory pamiętam ich zaskoczenie! Swoje też! Po raz pierwszy wypowiedziałam najskrytsze pragnienie serca.

 

Zapewne świadkowie mojego wyznania otoczyli mnie modlitwą, a Ks. Paweł i s. Renata także wsparciem i radą. Z moją Siostrą rodzoną bałam się na ten temat rozmawiać. Paradoksalnie wiedząc, że moje miejsce jest w zakonie… byłam też pewne, że habitu nie założę.

 

Mniej więcej pół roku później pojechaliśmy z młodzieżą z Duszpasterstwa na pielgrzymkę do czeskiej Pragi. Poprosiłam tam s. Renatę o rozmowę, na której zadeklarowałam mój zamiar, ale pytanie brzmiało: gdzie mam iść? Na co s. Renata spokojnie zapytała: a my?... No faktycznie! Zgromadzenie Sług Jezusa! Bezhabitowe! Znałam wiele sióstr z rekolekcji i z Duszpasterstwa, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę być jedną z nich. Zapytałam więc: a czym wy się właściwie zajmujecie? I usłyszałam: naszym charyzmatem jest służba w ukryciu… Strzał w dziesiątkę! Otóż od długiego już czasu męczyłam się tym, że ciągle stoję przed szeregiem, czyli na czele grupy apostolskiej, Amicusa-Listu do Przyjaciół (którego byłam naczelną), różnych akcji parafialnych i nie tylko. Najbardziej odpowiadało mi miejsce „za kulisami”. Ostatni puzzel idealnie wpasował się w moją układankę życia. Ale dalej było tylko pod górkę…

 

Był listopad, kiedy s. Renata zabrała mnie do nowicjatu Sług Jezusa. Otwock wcale mi się nie podobał – ciemny o tej porze las, mokro, zimno… Życie we wspólnocie też jawiło mi się dziwnie… ale wyjeżdżając stamtąd wiedziałam, że wrócę. Rok trwało moje zmaganie. Cały czas wydawało mi się, że przekraczając próg zakonu, strącę wszystko, co kocham. A jednocześnie jakiś głos mnie przynaglał. Kiedyś podczas kazania w parafii usłyszałam, jak Ks. Proboszcz mówi, że Pan Bóg daje łaskę tylko raz. Zadrżałam. Ale uporczywie podejmowałam ciągle nowe wyzwania, by jak najwięcej zobaczyć, doświadczyć, przeżyć. W parafii założyłyśmy z Kuzynką zespół charytatywny. Z Koleżanką inicjowałyśmy różne „nowości” – dekoracje, konkursy etc. W Duszpasterstwie przygotowywałam „historyczne” wydanie Amicusa-Listu do przyjaciół. I cały czas szukałam potwierdzenia decyzji. A wreszcie poszliśmy z częścią naszej grupy apostolskiej na Gerlach. Powiedziałam Panu Bogu: jeśli wszyscy zejdą szczęśliwie, rozumiem, że faktycznie tego chcesz. No i zeszli. Pozostało decyzję wykonać.

 

Z ogromnym bólem rozwiązywałam umowy o pracę w szkołach i kancelarii. Porządkowałam sprawy domowe, nawet kupiłam samochód, by Tata z Siostrą mieli czym jeździć. W ostatniej chwili przekazałam innym sprawy grupy apostolskiej i zespołu charytatywnego… oczywiście w tajemnicy. Nie byłam w stanie z nikim rozmawiać o moim wyjeździe. Tydzień przed wyjazdem powiedziałam Siostrze, a cztery dni przed wyjazdem – Tacie. Pakując się, płakałam, sama nie wiedząc, dlaczego. A Tata siedział przy mnie i patrzył, jak bezładnie wrzucam rzeczy do walizki. Wreszcie zdecydował, że ze mną pojedzie.

 

I znowu był listopad, najgorszy – jak mi się wtedy wydawało – dzień w moim życiu. Sama zawiozłam się do Otwocka, zabierając Kuzyna, by odwiózł z powrotem Tatę i samochód. Bo Tata rzeczywiście mi towarzyszył i po raz pierwszy widziałam, jak płacze. Miałam wrażenie, jakbym zrobiła coś strasznego…

 

Następnego dnia obudziłam się i stwierdziłam, że nie ma śladu po negatywnych uczuciach. We mnie była tylko ogromna radość i spokój. Dostałam nowe życie! I zaraz też Pan Bóg zaczął mi wszystko oddawać w zwielokrotniony sposób – zyskałam 300 nowych sióstr, zostałam „wciągnięta” w pracę z dziewczętami. Okazało się też, że wiedza i doświadczenie nabyte „w świecie” bardzo się w zakonie przydają. Ot, Pan Bóg wiedział, czego mnie nauczyć.

 

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć – że w Zgromadzeniu Sług Jezusa zaczęłam najpiękniejszą przygodę mojego życia, która trwa.

 

Jeśli czujesz, że Pan Bóg i Ciebie zaprasza na drogę życia konsekrowanego, nie bój się! On chce, byś był/a szczęśliwy/a!

 

 

 

Patrycja