Copyright 2017 - Custom text here

Niepokalanki - Świadectwa sióstr odkrycia powołania

Niepokalanki - Świadectwa sióstr odkrycia powołania

 

Był taki etap w moim życiu, że wystarczało mi grono przyjaciół, a zadowolenie dawał czas z nimi spędzany. Pan Bóg nie był mi szczególnie bliski – powierzałam Mu swoje szkolne sprawy przed udaniem się na lekcje, w niedzielę uczestniczyłam we Mszy św. i… właściwie niewiele więcej. Może i chciał mi coś powiedzieć, ale nie bardzo słuchałam. Do czasu, gdy wobec nagłej śmierci kuzyna, zostałam z najważniejszymi życiowymi pytaniami, bez odpowiedzi. Pytań było coraz więcej, a ja nie miałam odwagi ich zadać. Czułam się inna, dziwna, nagle obca wobec ludzi, którzy mnie otaczali.

 

Nie bardzo mając pomysł na siebie, pewnej nocy włączyłam radio i usłyszałam telefony do studia, w których młodzi ludzie poruszali bliskie mi kwestie – pomyślałam, że może jednak nie jestem taka nienormalna. W tym czasie katechetka poprosiła mnie o włączenie się w niedzielną liturgię – kosztowało mnie to sporo strachu i nerwów, ale przynajmniej coś w tym kościele robiłam, więc poczułam się potrzebna – przychodziłam. Z grupą młodzieży wyjechałam na jakąś wycieczkę, przy okazji zaliczyliśmy jakieś kościoły i zobaczyłam, że są miejsca gdzie ludzie naprawdę przychodzą po coś więcej niż pokazanie się sąsiadom. Chyba wtedy zaczęło też do mnie docierać Boże słowo – zaciekawiły mnie fragmenty biblijnych historii słyszane przy różnych okazjach. Chciałam mieć swoje Pismo św., żeby móc sama wybierać co będę czytać. Pamiętam, że w którymś momencie uczepiły się mnie słowa o byciu solą ziemi i światłem świata, i autentycznie szukałam, jak można je rozumieć (chyba moje pierwsze w życiu lectio divinaJ)

 

Dziś, z perspektywy widzę, że przez te wszystkie wydarzenia, mówił do mnie Bóg. Wtedy – po prostu wykorzystywałam okazje, wchodziłam w pojawiające się propozycje, szukając siebie. Dostałam też zaproszenie na rekolekcje u sióstr – czysta abstrakcjaJ ale ponieważ nie miałam pojęcia co to takiego, to pojechałam. Było ok. Poznawałam nowych ludzi, sporo się uczyłam i dało się wyrwać z domu. Tymczasem zbliżała się matura i… uporczywe – co potem? Z Panem Bogiem byłam na etapie – „pomóż mi, załatw, weź to jakoś rozwiąż”, czyli prośba i… kropka. Na maturę mieliśmy już taką umowę – jak sprawisz, że zdam wszystko na 5, to będzie dla mnie znak, że mam iść do tego zakonu. Zrobił mi psikusa i po ogłoszeniu wyników, zakomunikowałam swoim rodzicom, że to już moje ostatnie egzaminy, nie będę zdawać na studia – idę do zakonu.

 

Zaskoczenie totalne, ale ok, − „pobędziesz tam dwa tygodnie i będę musiał po ciebie przyjechać” – powiedział tata. Zostałam dłużej. Poznawałam siostry, uczyłam się codziennych zajęć, funkcjonowania w zupełnie nowej rzeczywistości, uczestniczyłam w pracy i modlitwie wspólnoty. Odkrywałam Boga i siebie wobec tego wszystkiego, z czym przyszło mi się mierzyć. Musiałam jakoś dogadać się z Maryją – w końcu miałam być Jej córką. Chyba najbardziej odpowiadało mi środowisko, w którym siostry mieszkały – miasto. Długa i trudna była ta droga, na którą weszłam. Przez kilkanaście lat wiele się zmieniło, ja się zmieniłam, ale ciągle idę „przez Maryję do Jezusa” – grunt to się z Nimi naprawdę spotykać.

 

siostra niepokalanka